Rozdział V: Pasterz Pająków

Posted on 05/01/2015 - autor:

0


Cześć
Pora na piąty rozdział przygód Derrina Oathmastera. Połowa głosów jasno wskazała, że Derrin powinien poszukać pomocy u niezwykłej istoty o której wspomniała Katarzyna. Długa i męcząca podróż mocno nadwyrężyła coraz słabsze zdrowie Derrina, jednak wciąż się nie poddał.

Hannibal jest tylko człowiekiem, podczas gdy Pasterz Pająków to magiczna istota, która powinna wiedzieć, jak uciszyć mój problem. Poza tym dużo lepiej idzie mi handel z elfami niż ludźmi, a na pewno nie przegapię możliwości zarobku. Mam w sakwie dość pieniędzy, by zarobić co nieco w trakcie tej podróży. Nie będzie tego wiele, ale powinno wystarczyć, by nocować w dobrych warunkach i nie głodować. Wróciłem więc do Leśnego Targu, by zaopatrzyć się w długą i męczącą podróż, którą muszę jakimś cudem przetrwać. Na samą myśl moje nerki krzyczą ze strachu. Cóż, wiem że na grzbiecie Mordu nic mnie nie zaatakuje. Mimo tego optymizmu mam w pamięci potwora, który wymordował moich towarzyszy, więc kupiłem kuszę. Co prawda strzelec ze mnie, jak z wody wino, ale i tak czuję się nieco pewniej.

Dowiedziałem się co nieco o sytuacji na targach Wielkich Puszcz, dzięki czemu mam w sakwach dość zyskownego towaru. Przespałem się w zajeździe, a o świcie ruszyłem w drogę. Szeroki, ubity trakt prowadzący do Matecznika jest stale patrolowany przez strażników na rydwanach.  Mój koń jest dużo szybszy niż karawany, więc nie muszę zatrzymywać się na wszystkich postojach, obliczonych przecie tak, by obciążony wóz mógł w ciągu jednego dnia przejechać z jednego postoju do drugiego.

Po drodze rozpytywałem o Pasterza Pająków, który nie jest znany w tej okolicy. Może w Mateczniku pójdzie mi lepiej, ale byłem przekonany, że nie ma wielu drzewców o których można by ciekawie opowiadać. On się nadaje na bohatera baśni z jakimś potwornym zakończeniem.

Dzień za dniem mija równie szybko, co drzewa na poboczu. Dziś wjechałem na teren Wielkich Puszcz, jeśli dobrze pamiętam geografię, to jestem już w połowie Lasu Granicznego. Jakkolwiek by się on nie nazywał w języku elfów. Dojechałem tym traktem do miasta Selana, gdzie uzupełniłem zapasy i przehandlowałem skarby z Leśnego Targu. Spędziłem spokojną noc w zajeździe u Sojusznika, gdzie dawno temu Król Gór i rada elfów z Matecznika podpisali sojusz. Bardzo swojskie miejsce, prowadzone przez krasnoluda. Mimo to było tam też sporo elfów i paru ludzi. Dostrzegłem tam nawet jednego ziemioskórego, potężnego człowieka o czarnobrązowej skórze. Mimo, że cholernie mnie zainteresował, bo przecie żyją oni bardzo daleko na południowy wschód stąd, to jednak nie zawiązałem znajomości. Mam dużo ważniejsze sprawy w głowie.

Coraz rzadziej słyszę Szepty, ale za każdym razem są coraz wyraźniejsze. Ten głos wcale nie szepcze, on zaczął do mnie mówić. Bogowie, jeśli to zacznie na mnie krzyczeć, to chyba oszaleję. O ile już nie zwariowałem. Normalnie nie słyszę diabolicznych podszeptów, które nakazują mi kopać. Ale ja nie jestem, kurwa, górnikiem!

Także tutaj nie trafiłem na nikogo, kto znałby Pasterza Pająków, więc ruszyłem wschodnim traktem, który prowadzi aż do północnego Matecznika. Po drodze minę parę miast, kilka osad i przekroczę parę rzek, coraz bardziej oddalając się od Gór Zachodzącego Świata, a tym samym od domu. Ale wrócę tam, muszę tylko pozbyć się klątwy, która zagraża mojej ojczyźnie.

Po cholernie długiej podróży dotarłem do miasteczka w którym wynająłem przewodnika. Wiedział on czym jest Pasterz i gdzie go znajdę. Odpocząłem, a następnego świtu ruszyliśmy w dalszą drogę. Jak bardzo wkurza mnie świadomość, że będę musiał poświęcić kolejne tygodnie, by wrócić do domu. Ale przynajmniej tam wrócę. Nie tak, jak towarzysze, których ciała pozostawiłem na trakcie, na pastwę zwierząt i szabrowników. Ach, ta karawana miała być tak prostym i zyskownym zajęciem…

W końcu dotarliśmy na skraj zagajnika w którym miał mieszkać Pasterz. Mój przewodnik nie ma najmniejszego zamiaru tam wchodzić, ale zapewniał mnie, że znajdę drzewca. Tylko nie powinienem schodzić z traktu. He, trakt. To cholernie mocne słowo na ścieżynkę, którą mam pójść. To jedyne miejsce, którego pająki nie zakryły swoimi sieciami. Szczerze mówiąc, to wchodzenie tam wcale mi się nie podoba. Czuję się jak bardzo mała muszka, której jedyną nadzieją jest to, że może uda jej się ominąć nici pajęczyny. Przywiązałem jednak Mord, wziąłem skarby, za które chcę kupić zdjęcie klątwy.

 Idę bardzo powoli, zdaje mi się, że słyszę stukanie pajęczych odnóży. Powietrze tutaj jest nieprzyjemne, gęste i… męczące. Samo oddychanie w tym zagajniku jest nieprzyjemne, ale to mnie nie powstrzyma. Po obu stronach ścieżki ktoś ustawił małe lampiony, w których dopalają się świeczki. Ktoś zadał sobie kurewsko dużo zachodu, by dociąć knoty tak, by dopalały się parę chwil, gdy je minę. Parę kroków i za plecami mam ciemność, mimo że dotarliśmy do zagajnika koło południa. Droga przede mną nie wydaje się długa, aż w pewnej chwili nieoczekiwanie wychodzę na polanę.

http://kaylon.deviantart.com/art/Spider-Glade-1632810

Spider Glade by kaylon

Graniczne drzewa wyglądają niczym pokryte zasłonami, ale dobrze wiem, że to pajęczyny. Słońce przebija się przez rzadsze w tym miejscu gałęzie, ale i tak wszystko wygląda mrocznie i niebezpiecznie. Na drugim końcu polany, tuż przy niewielkim strumyczku, siedzi jakaś niezwykła postać.

– Nie bój się. Dzięki mnie Pasterz może z tobą rozmawiać bez  problemów z różnicą w postrzeganiu świata. Choć może tego nie pojmiesz, ale to dzięki mnie Pasterz widzi świat tak jak my, krasnoludzie. Wyjaśnij mi co cię tu sprowadza? –

Cały czas gapiąc się na przedziwne stworzenie, które odnalazłem, opowiedziałem o tym, co mnie spotkało i dlaczego Żelazna Dama Katarzyna poradziła mi udać się do Pasterza Pająków. Ale, prawdę mówiąc, nie spodziewałem się czegoś takiego. Ja pierdolę, twarzą w twarz rozmawiam z elfem, któremu z tyłu głowy wyrasta sieć korzonków. Na dodatek przez skórę przebijają mu się jakieś pędy. Jego hipnotyzujące, zielone oczy będą mnie prześladować do końca życia. Na szczęście korzenie, wyrastające z jego głowy, niknęły gdzieś pomiędzy krzakami, parę kroków za nim.

Niestety, po chwili pojawiło się coś dużo gorszego. Szepty nawet nie ocierają się o koszmar, którego porady szukałem. Najpierw jedno, potem drugie odnóże, niczym u olbrzymiego, drewnianego pająka wychyliło się zza krzaków. Gdy ja zamarłem ze strachu kolejne trzy pary ostrych kończyn wyniosły na polanę Pasterza Pająków. Nie był wielki, bogom dzięki za tę łaskę. Ale był przerażający. Nie wiem jakie drzewo przypominał, ale jego ciemna, brązowa kora porośnięta była płatami ciemnozielonego, świecącego bladym światłem, mchu. Nieco ponad metr ponad odnóżami zaczynała się jego korona: dziesiątki, jeśli nie setki, gałęzi bez jednego listka. Ten drzewiec nie ma nawet twarzy! Najbardziej jednak przerażały mnie kokony. Wielkie i jedwabiste, zwisały z wielu gałęzi. Pomiędzy nimi przemykały pająki większe niż moja dłoń, tkając swoje sieci. Dostrzegłem jakiegoś ptaka, który właśnie nieopatrznie zaplątał się w sieci.

Milczałem przerażony, obserwując jak pająki oplatają swoją zdobycz. Nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że przez chwilę mignął mi odwłok wielkości mojej głowy. Jaskrawy niczym trujący wąż. W tym czasie jedna z gałęzi gięła się w moją stronę. Gdy to dostrzegłem odskoczyłem ze strachu. Kurwa, w co ja się wplątałem?

– Pasterz pragnie poznać twoją klątwę, krasnoludzie. Może to jednak zaboleć. Chcesz, aby ugryzł cię jeden z pająków Pasterza? Nie będziesz czuł bólu przez długie godziny. –

http://sheridansart.deviantart.com/art/In-The-Woods-336390886

In The Woods by SheridansArt

Nie zgodziłem się, pies trącał te dziwadła. Nawet jeśli będzie mnie to bolało, to nie chcę żadnego z tych pająków w moim pobliżu. Kurwa, przecie rozpoznałem Czarną Wdowę, mimo że suka była tak duża, że mogła rozciągnąć nogi tak, by wystawały poza moją dłoń. Gdybym pozwolił jej na nią wejść. Ścisnąłem mocniej kostur. Gałąź zatrzymała się przede mną, wyciągnąłem więc dłoń. Prawie natychmiast ta gałąź obrosła całe moje ramię.

Po chwili poczułem parę ukłuć. Na początku tylko się zdziwiłem, przecie to coś mówiło o bólu nie do zniesienia. Jednak nim zdążyłem pomyśleć pojawił się ból. Ta gałąź rosła wewnątrz mojego ciała, nie pierdzieląc się z kośćmi i mięśniami. Gdy zacząłem postrzegać cokolwiek poza bólem, zorientowałem się, że leżę na ziemi, w kałuży potu i nie tylko. Udało mi się wstać, mimo że byłem słaby ja niemowlę. Potwór zniknął, pozostawiając swoją marionetkę.

– Pasterz Pająków nie widzi w twoim ciele żadnego jadu i żadnej trucizny. Widzi za to, że coś zagnieździło się w twoim umyśle. Jesteś czwartym krasnoludem w ciągu stu lat, który odnalazł Pasterza i błagał go o pomoc z tym problemem. Tak samo jak trzem poprzednim, Pasterz i tobie nie jest w stanie pomóc. Jednak ma dla ciebie radę. Im bliżej jesteś Bezsłonecznych Otchłani, tym głośniej będzie rozbrzmiewała istota, która wdarła się w twój umysł. Pasterz uleczył chorobę, która pożerała twe serce i płuca. Odejdź. Twoje problemy nie interesują Pasterza Pająków. –

Ton, jakim marionetka wypowiedziała ostatnie zdanie, był jasny. Odejdź, albo zostaniesz zjedzony. I chyba tylko z tego powodu ruszałem nogami. Bezsłoneczne Otchłanie… Miejsce, które ludzie nazwaliby piekłem. Jak mam umknąć przed czymś, co przemawia do mnie z samego serca ziemi? Gdzie niby mam uciec? Ja pierdolę, czyżby w ten sposób kończyło się moje życie? Zawsze sądziłem, że pomogę wychowywać moje wnuki… Ale wszystko wskazuje na to, że umrę na wygnaniu, z dala od Miasta Źródeł. Z dala od rodziny…

Wyszedłem z zagajnika. Gdy tylko poczułem słońce na mojej twarzy, wiedziałem, że nie poddam się woli demona. Stanąłem przed Mordem, uciszając pytania mojego przewodnika. Muszę się zastanowić.

Mógłbym się poddać. Udać się do klasztoru u podnóży gór i poświęcić swoje życie modlitwie oraz walce z coraz głośniejszym Szeptem. Może nawet kiedyś udałoby mi się oczyścić z tej klątwy, a wtedy mógłbym wrócić do domu. Do rodziny.

Ale mógłbym też umrzeć. Moja żona wie, że ruszyłem w głąb Wielkich Puszcz, gdzie samotnemu wędrowcowi wszystko może się zdarzyć. Nie słyszałbym już nic. Ale kto wie, czy nie tego właśnie oczekuje demon Szeptów?

Choć Pasterz powiedział, że powinienem udać się jak najdalej od serca ziemi. Krwawe Szczyty, miasta krasnoludów, które podczas Wojny Szeptów, opuściły Imperium Króla Gór i wyruszyły w góry, by tam rozpocząć nowe życie. Tylko, że na taką podróż nie wystarczy mi środków. Musiałbym znaleźć jakiś sposób, by zarobić.

Może jednak medytacja? Nigdy nie rozmawiałem z Szeptami. Może jeśli zrobię, czego chcą, to dadzą mi spokój? Mógłbym wrócić do Leśnego Targu, kupić od Bestii jakieś proszki czy kadzidła i wynająć medium, które pozwoliłoby mi zrozumieć o co chodzi. Dlaczego słyszę okrucieństwa, które kiedyś popełnili ci, których widzę.

Albo może powinienem zgłosić się do Hannibala? To w końcu człowiek, uzdrowiciel o bardzo dobrej reputacji. Tylko, że muszę po drodze zebrać trochę funduszy, bo on mi za darmo nie pomoże. A podróż długa i kosztowna.

Pozdrawiam,
Dev.

P.S.
Szukam grafików i animatora do udziału w projekcie gry komputerowej (fps 3d, realistyczna grafika). Jeśli chcesz wiedzieć więcej, to odezwij się na maila devistofeles@o2.pl

Devedit:
Uzupełniłem ankietę o brakującą możliwość.

Reklamy